70 sekund

dobre praktyki marketingu

Treść na fali

W czasach powszechnego fałszu mówienie prawdy jest aktem rewolucyjnym. I chociaż, jak mawiał już Abraham Lincoln, nie należy wierzyć każdemu cytatowi znalezionemu w internecie, to przytoczone stwierdzenie Orwella jest dziś prawdziwsze niż kiedykolwiek indziej. Może to za sprawą pogody, a może dzięki świetnej akcji bibliotekarek Filii nr 2 MBP w Lublinie nie mogę się dziś oprzeć książkowym inspiracjom. A jak już się inspirować, to najlepszymi.

Wszystkie dzieci znają pewnie bajkę o królu, który całe swoje złoto wydawał na stroje. Za nic miał stan swej armii, nie dbał o poddanych ani o królestwo – zależało mu wyłącznie na nowych szatach. Przebierał się co godzinę, a mimo niezliczonej ilości ubrań wciąż powiększał swą garderobę.
Gdy pełen skarbiec obsługiwany jest przez pustą głowę, nie brakuje osobników chcących taki stan rzeczy wykorzystać. Król nie potrafił oprzeć się wizji posiadania nowego stroju z przepięknej i niezwykle drogiej tkaniny, mającej dodatkowo posiadać właściwość obnażania głupoty. Chociaż zakończenie jest wszystkim doskonale znane, nie brakuje i dziś podobnych królów, w nowych szatach upatrujących remedium na wszelkie swe problemy.

Obecny stan rzeczy jest jednak nieco bardziej skomplikowany od tego z baśni Andersena. Jak krzyknąć, że król jest nagi, gdy z króla pozostały już tylko mocno nadpsute zwłoki, a i zakładane na nie kolejne modne ciuszki zaczyna toczyć rozkład? Pomimo łatwego do przewidzenia finału sytuacji, w której przysłowiowe gówienko zawija się w coraz to nowe i ładniejsze sreberka, wiele marek postrzega tę właśnie drogę jako prawdziwą autostradę do budowania swojej tożsamości. Niektórzy zdają się myśleć, że tą metodą zastąpi się wszystko inne. Jasne, liściem łopianu też można zastąpić papier toaletowy – nie znam jednak nikogo, kto mając wybór świadomie sięgnie po ten pierwszy.

Jakby częściej odnoszę wrażenie, że cała strategia niektórych marek skupia się wyłącznie na przewijaniu sreberek. Skorzystajmy z marketingu rekomendacji i marketingu treści, wzmocnijmy marketingiem społecznościowym, dodajmy trochę partyzanckiego z szeptanym, włączmy wirusowe dopalacze z odrobiną ambientu i…. kurczę, ze sreberka dalej śmierdzi. Wiem, wiem, już wiem – zabrakło e-mail marketingu! A tam, gdzie pełny skarbiec obsługiwany jest przez pustą głowę…

Wyobraź sobie, że na portalu randkowym zamieszczasz anons:

Atletycznie szczupły, opalony albinos azjatyckiej urody, blondyn o niebieskich oczach, pozna zainteresowaną poważnym związkiem kobietę. Interesuje mnie wyłącznie seks bez zobowiązań.

Z jednej strony – BINGO! Twój profil trafia w każde gusta i odpowiada potrzebom prawie każdej kobiety. Jesteś ideałem. Szukasz atlety? Jestem! Lubisz szczupłych? Taadaam!
Po głębszym zastanowieniu dochodzisz jednak do wniosku, że coś jest nie tak. Twój przekaz wycelowany jest do wszystkich, lecz równocześnie trafia do nikogo. Jest nieprawdziwy, zafałszowany, nieszczery. Marka, która miast pełnienia funkcji rynkowego drogowskazu-profesjonalisty decyduje się wzięcie fuchy marki od wszystkiego, prezentuje się równie niedorzecznie. Nie sposób być ekskluzywnym jubilerem, jednocześnie firmując błyskotki dla nastolatek. Nic nie da kreowanie się marki na eksperta, gdy tym ekspertem nie jest. Poetycko opisana misja firmy czy wykaligrafowane trzynastozgłoskowcem nasze wartości nie będą funta kłaków warte, jeśli zabraknie faktycznego i szczerego działania na ich poparcie.

Pamiętacie Ulicę Sezamkową? Sponsorem kolejnych odcinków były literki i cyferki. Sponsorem tego wpisu jest mianowana najnowszą superbronią w walce o klienta strategia – content marketing. Wczoraj marketing treści zaatakował mnie z każdego możliwego miejsca sieci, okrzykiwany panaceum, Świętym Graalem i sokiem z Gumijagód dla każdego i w każdej sytuacji.

Orwellem zacząłem, Orwellem zakończę. W świetnym Folwarku Zwierzęcym jest napisane:

Zwierzęta w ogrodzie patrzyły to na świnię, to na człowieka, potem znów na świnię i na człowieka, ale nikt już nie mógł się połapać, kto jest kim.

Ten cytat ładnie tu pasuje. Sprawdziłem u Lincolna, jest prawdziwy.

Share on LinkedInShare on FacebookTweet about this on Twitter